- Co się stało? - zapytałem się go i usiadłem na łóżku. Spojrzał na mnie.
- Musimy się stąd wynosić - odpowiedział.
- Co? Ale dlaczego? Coś nam grozi?? - udzieliło mi się jego zdenerwowanie. Westchnął i przeczesał włosy palcami.
- Nie nam tylko tobie Koitsu. A teraz przebieraj się - rzucił mi jakieś zawiniątko i wyszedł.
O co chodzi? Dlaczego miałoby coś mi grozić? - takie myśli kołatały mi w głowie. Przebrałem się i nagle poczułem chłód w pokoju. Zadrżałem. Spojrzałem w okno i zobaczyłem że jest otwarte. Przez chwilę się w nie wpatrywałem a potem chwyciłem swoje rzeczy i wybiegłem. Wpadłem na Asumiego. Upadłem na podłogę. (Tak nawiasem mówiąc to gips miałem zdjęty i wszystko było już ze mną prawie w porządku.) Asumi odwrócił się. Popatrzył na mnie. Podał mi rękę. Podciągnąłem się i wstałem.
- Wszystko w porządku Koitsu? - zapytał z troską.
- Uh....Tak w porządku. Po prostu.....Zresztą nieważne idźmy już stąd - chciałem jak najszybciej opuścić szpital. Asumi pokiwał głową. Powiedział coś do recepcjonistki i wyszliśmy. Cały czas miałem wrażenie że ktoś nas śledzi. Odwróciłem głowę i zobaczyłem jakiegoś gościa wpatrującego mi się prosto w oczy. Przestraszyło mnie to. Odwróciłem się z powrotem do Asumiego i przyspieszyłem kroku. Asumi dogonił mnie.
- Hej, co jest? Coś tak nagle przyśpieszył?? - nie mógł zrozumieć mojego zachowania.
- Jakiś gościu nas śledzi - powiedziałem jak najciszej mogłem do niego - Odwróć się dyskretnie. Odwrócił się i wydaje mi się że też go zobaczył po również przyspieszył.
- Cholera....Musimy się dostać jak najszybciej do mojego samochodu
- Jest bardzo źle czy tylko źle...? - próbowałem rozładować atmosferę.
- Nie czas na żarty Koitsu. Masz poważne kłopoty. W końcu dostaliśmy się do samochodu. Wsiedliśmy i odjechaliśmy. Spojrzałem w lusterko. Zamarłem.
- Asumi.....Nie wydaje mi się żeby to był koniec naszych kłopotów.... - powiedziałem zdrętwiałymi ze strachu ustami. Asumi także spojrzał w lusterko. Nacisnął pedał gazu.
- Cholera....Trzeba go zgubić - mruknął pod nosem. Przełknąłem ślinę. Bałem się. Nagle ten gościu w samochodzie znalazł się obok nas i walnął swoim autem w nasze.
- Aaaaa! - krzyknąłem.
- Trzymaj się Koitsu! - odkrzyknął Asumi. Chwyciłem się siedzenia. Teraz to Asumi walnął w tego gościa. I tak w kółko. W końcu Asumiemu udało się go zepchnąć za barierkę. (Bo było to na moście). Odetchnąłem z ulgą ale wtedy to nasz samochód zaczął się psuć i także spadliśmy w przepaść.
Obudziłem się w gruzach samochodu. Asumiego tam nie było. Wstałem i wyszedłem z gruzów. Bolało mnie dosłownie wszystko. Przeszedłem parę kroków i upadłem na ziemię. Zwymiotowałem. Nagle usłyszałem głos Asumiego.
- Koitsu! Koitsu! Gdzie jesteś!? Odezwij się!! - wołał. Wstałem i pobiegłem w kierunku głosu.
- Asumi! Czekaj! Biegnę do ciebie! - odwoływałem. W końcu go znalazłem. Tyle że....był związany i trzymali go jacyś goście z pistoletami.
- A-Asumi.....Czego od niego chcecie?! - krzyknąłem do nich. Roześmiali się.
- Uspokój się dzieciaku bo inaczej komuś stanie się krzywda. - mówiąc to gość trzymający Asumiego przystawił mu pistolet do głowy. Zacisnąłem ręce w pięści. Drżały mi.
- Cholera.....Zostawcie go....Weźcie sobie mnie.... - powiedziałem.
- Koitsu....Nie..... - zareagował na to Asumi.
- Mamy wziąć ciebie tak...? Hm...Ciekawa propozycja....Cóż i tak mieliśmy zamiar to zrobić więc zgoda. - odpowiedział gość który go trzymał. Rozwiązali Asumiego i pchnęli go do przodu. Jeden z nich podszedł do mnie i mi związał ręce. Zaprowadził mnie do reszty. Nie stawiałem oporu. Ważne że Asumi był bezpieczny. Spojrzałem na niego. On wyciągnął do mnie rękę by mnie chwycić lecz oni przystawili mi pistolet do głowy. Asumi zatrzymał się.
- Nie martw się Asumi....Jeszcze się spotkamy zobaczysz.... - powiedziałem do niego. Człowiek który mnie trzymał pchnął mnie żebym szedł. Posłusznie poszedłem. Po jakimś czasie drogi zatrzymali mnie i zawiązali mi oczy.
- Hę? To gdzie mnie prowadzicie...? - zapytałem zdezorientowany.
- Do naszego szefa. I lepiej bądź przy nim grzeczny kundlu. - mówiąc to poczułem uderzenie w twarz. Upadłem na kolana.
- Hej! Miało się odbyć bez bicia! - krzyknął do niego któryś z jego oprychów. Kaszlnąłem.
- O cholera..... - postawili mnie na nogi i otarli twarz. Poczułem w ustach smak krwi. Zaczęli mnie prowadzić dalej. Po dłuższym czasie poczułem że jesteśmy w pomieszczeniu.
- Co się z nim stało panowie? Miało być szybko i dyskretnie! - powiedział nieznany głos.
- P-Przepraszamy szefie! Trochę się stawiał no i wie szef.... - tłumaczyli się.
KONIEC ROZDZIAŁU 4
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz